Birma i Tajlandia 2013

Relacje z imprez lotniczych, pokazów, podróży itp.
Awatar użytkownika
Gryni
Posty: 1078
Rejestracja: 07 lutego 2007, 00:45
Lokalizacja: Bielsko-Biała EPBA
Kontakt:

12 lutego 2014, 19:09

Nie ochłonęliśmy jeszcze dobrze po podróży do Indii i Nepalu, a już zaczęliśmy myśleć o czymś na następną podróż, jak tradycja każe w grudniu.
Jako że Azja jest moją ulubioną częścią świata, wiadome było że właśnie tam wylądujemy. Od dłuższego czasu myśleliśmy nad Birmą. Aktualnie jest dobry czas na to żeby odwiedzić ten kraj, ponieważ jest jeszcze względnie nie zadeptany przez turystów, i ostało się wiele miejsc nieskażonych lub mało skażonych ich obecnością. My niestety z racji niewielkiej ilości czasu, musieliśmy napiąć plan niemal do granic, przez co nie udało nam się zwiedzić większego obszaru Birmy.
Zacząłem więc przygotowywać plan podróży. Tradycyjnie moja dziewczyna zajmuje się sprawami związanymi z miejscami godnymi odwiedzenia, a ja resztą czyli bilety lotnicze, transporty, rezerwacje hoteli oraz szczegółowy plan.
Na przelot do Azji wybraliśmy sojusz Sky Team, konkretnie KLM na trasie WAW-AMS, oraz China Southern AMS-CAN-BKK. Bilet dla jednej osoby na wspomniane loty kosztował 2480zł. Wylot 9 Grudnia, powrót 31 Grudnia, lądowanie w Europie 1 Stycznia.
Startujemy z Bielska-Białej wieczornym pociągiem do Warszawy, po przyjeździe zatrzymujemy się jak zwykle na noc u naszego dobrego znajomego. Butla grzańca, rozmowa i nagle robi się 1:30 w nocy. Samolot wcześnie rano, więc kończymy teatrzyk i idziemy spać.
Pobudka o 4:00, taksówka na lotnisko, odprawa, potem jeszcze krótka chwila przed gate’em i pakujemy się do samolotu. Lecimy B737-700 KLM-u o rejestracji PH-BGE. Startujemy o 6:20 według rozkładu, z pasa 29. Na pokładzie poczęstunek, kawa, herbata, soki, oraz kanapka z ciemnego pieczywa z serem.
Po niecałych dwóch godzinach lądujemy na pasie 27 lotniska Schiphol. Mamy cztery godziny do odlotu więc idziemy na leżaki w hali pomiędzy gate’ami A i B.
Temu okazowi się nie odmawia. Wreszcie otwarto naszą bramkę. Sporo ludzi, głównie Azjatów. Boarding przebiegł sprawnie, nasze miejsca niestety nie przy oknie, a w czwórce po środku. Niespodzianką jest nasz samolot. A330-200 w malowaniu sojuszu Sky Team, o rejestracji B-6528. Startujemy o 12:45 z lekkim opóźnieniem. Mapa na moim PTV się zawiesiła, i nie miałem możliwości zmieniać opcji widoku. Mogłem jedynie śledzić trasę. Nad Polską podano pierwszy posiłek. Klopsy mięsne z marchewką i groszkiem, albo ryba z ryżem i warzywami. Do tego standardowo bułka, masło, sałatka warzywna, na deser owocowa, wino, piwo itp. Po posiłku wyłączono światła w kabinie, i nastał czas na sen. Ciężko mi ze spaniem w samolocie, obejrzałem jakiś film po czym próbowałem się zmusić do zaśnięcia. Nad Samarą w Rosji zaczęły się solidne turbulencje. Rzucało naprawdę mocno. Trwało to jakieś 25 minut. Później już spokojnie do samego Guangzhou. 1,5 godziny przed lądowaniem drugi posiłek, wyglądający bardzo podobnie do poprzedniego.
O 6:56 miejscowego czasu lądujemy na lotnisku CAN. Szybki transfer, wszystko zajęło nam jakieś 40 minut. W samolocie przed lądowaniem podają numery lotów i bramki na które należy się udawać, a po wyjściu z samolotu obsługa lotniska zbiera pasażerów na poszczególne loty. Organizacja bardzo sprawna. Na kontroli paszportowej nie wbijają żadnych pieczątek, CAN i kilka innych największych portów w Chinach wprowadziło 72 godzinny okres przebywania na terenie Chin bez wizy, pod warunkiem posiadania rezerwacji na kolejny odcinek podróży. Czekamy już przed naszym gate’em sąsiadującym z palarnią, niczym nie odgrodzoną od reszty traminala. Na dodatek palarnia po drodze do WC. Ostatni raz taką siekierę w powietrzu widziałem w „barze u Iwony” na głębokiej w Bielsku Białej.
Wreszcie otwierają gate i pakujemy się do autobusu, i po dość długiej jeździe wsiadamy do naszego A321 o regu B-6622. Tym razem miejsce przy oknie. Startujemy punktualnie, po drodze kilka mijanek ale niestety pod słońce. Sprawdzałem później na FR24, były to m In. A330 Cathay Pacific oraz A320 Air Asia. Fajnie za to widać było wyspę Hainan z szczytami gór wystającymi ponad mgłę. Przekraczamy Mekong i wlatujemy w tajską przestrzeń powietrzną. Posiłek na trasie CAN-BKK
O 10:30 lądujemy na Suvarnabhumi skąd musimy przedostać się na Don Mueang na kolejny lot już docelowy, do Rangunu w Birmie. Ku mojemu zaskoczeniu wszystko idzie jak po maśle, o 10:40 wychodzimy z samolotu, 11:00 wbijamy pieczątki w paszportach, 11:08 zabieramy bagaże z taśmy i suniemy na Air Asia transfer bus, który odjeżdża o 11:30. Na DMK jesteśmy po 47 minutach. Dla informacji, autobus odjeżdża ze stanowiska drugiego, trzeba pokazać rezerwację na lot Air Asia z DMK i jedziemy „za darmo”. Trasa prowadzi płatnymi autostradami, więc jeżeli nie ma po drodze atrakcji typu wypadek to na przesiadkę BKK-DMK wystarczą trzy godziny. Na DMK krótka sesja zdjęciowa. Lotnisko jest użytkowane wspólnie z wojskiem. Niestety operacje Sił Powietrznych odbywały się na drugim pasie. Jestem już solidnie zmęczony, na szczęście przed nami ostatni tego dnia lot. Lecimy na pokładzie A320 linii Thai Air Asia o rejestracji HS-ABE. Miałem nadzieję na lot nowym nabytkiem z sharkletami, ale niestety nie tym razem. O cabin crew w FD napisano już wiele. Ich safety demo zawsze oglądam w całości.
Po godzinie lądujemy w Rangunie. Spora kolejka do imigration, załatwiamy formalności i bierzemy taksówkę do centrum w okienku na lotnisku za 9000 Kyatów (9$). Do centrum jedzie się prze zatłoczone przedmieścia godzinę czasu. Wreszcie dojeżdżamy na metę, czyli hotel Myint Myat niedaleko osławionego hostelu Motherland Inn 2. Warunki bardzo przyzwoite, czysty pokój z łazienką, przypomniały mi się zeszłoroczne Indie gdzie o wszystko była walka. Tutaj bez problemów, ludzie mili, pomagają we wszystkim.
Mimo zmęczenia i dość późnej pory ruszyliśmy na podbój miasta. Kuchnia azjatycka to moja namiętność. Niestety birmańska nie jest tak dobra jak tajska. Jest to coś pomiędzy indyjską a tajską. Nie mniej jedna i tak bardzo dobra. Głównie jada się tutaj zupy z makaronem, curry oraz ryż z rozmaitymi dodatkami. Teraz trochę o cenach. Za zestaw obowiązkowy czyli Red Bull, Cola i rum Mandalay 0,365ml zapłacimy 1650k czyli 1,65$ co daje nieco ponad 5zł. I jak tu nie pić? Nazajutrz od rana zwiedzamy miasto. Jak wszędzie w Azji jest tłoczno, choć nie tak jak w bardziej rozwiniętych krajach. Oglądamy pagodę Shwedagon i Sule oraz wałęsamy się leniwie po centrum. Ogólnie poza dwoma pagodami nic specjalnego. Dobry punkt na rozpoczęcie podróży, chociaż z tego co się dowiedzieliśmy większość turystów na Rangunie kończy pobyt w Birmie. Powodem tego jest to, że z miejscowego lotniska jest więcej możliwości wydostania się z kraju niż np. z Mandalay. Tego samego dnia wieczorem wyruszamy na północ. Celem jest Bagan nad rzeką Irawadi, miejsce gdzie stoi ponad 4000 różnej wielkości buddyjskich pagód, świątyń i innych budowli. Zdecydowaliśmy pojechać nocnym autobusem. Dystans do pokonania spory bo około 600km. Jak na birmańskie warunki jest to kawał drogi. Za pośrednictwem hotelu zamówiliśmy bilety u przewoźnika JJ Bus za 18$ od osoby. Na miejscu tzn. w mieście Nyuang-U byliśmy o 6:10. Taksówką z „dworca autobusowego” do New Bagan jechaliśmy w grupie Polsko-Izraelsko-Niemieckiej. Nieźle co?
Po przyjeździe do hotelu musieliśmy poczekać aż zwolni się dla nas pokój, co na szczęście nie trwało zbyt długo. Krótka drzemka, bierzemy rowery i jedziemy na rekonesans.
Kolejne dni spędzamy na objeżdżaniu okolic wzdłuż i wszerz, ostatniego dnia wzięliśmy skutery elektryczne bo trzeba było oszczędzać nogi. Pojechaliśmy też pod Mount Popa. Fajny klasztor położony na skale wypiętrzonej przez wulkan. Miasteczko u podnóża już dramat. Trzy dni w Bagan mijają szybko, pora ruszać dalej. Następny punkt podróży to jezioro Inle na płaskowyżu w środkowo wschodniej części kraju. Jezioro jest położone na wysokości prawie 900mnpm, a otaczające je góry sięgają 2120mnpm. Ten etap podróży ze względu na odległość i stan dróg, zdecydowaliśmy się pokonać drogą powietrzną. Jeszcze w Polsce zrobiłem rezerwację na lot NYU-HEH w liniach Air Mandalay. Dostałem mailem potwierdzenie z numerem rezerwacji, ale nic więcej. Po przyjeździe do Birmy zadzwoniłem do biura w Nyuang-U w celu dogadania się odnośnie biletów. Na szczęście wszystko było w systemie, a odbiór biletów oraz płatność musiałem załatwić w biurze linii w mieście. Bilet to klasyk. Żaden tam e-ticket. Papier ręcznie wypisany. Lotnisko w Nyuang-U w typowo birmańskim stylu, w środku bardzo prosto urządzone. Spory ruch, z rana odlatuje większość lotów. Pasażerowie to prawie w zupełności turyści. Kontrola bezpieczeństwa na słowo honoru, dopiero po jej przejściu zorientowałem się że mam ze sobą scyzoryk który zwykle pakuję do rejestrowanego. Fajny jest tez sposób dostarczania bagaży do samolotu, i pożegnanie przez obsługę naszego lotu. Lot robimy ATRem-42 o rejestracji XY-AIJ. Numer lotu 6T351. Szybko, sprawnie i turbulentnie przy lądowaniu. Po przyjeździe z lotniska do miasta Nyaungshwe w którym mieliśmy hotel, pojechaliśmy do Kakku obejrzeć kompleks pagód. Wygląda imponująco, a dzwonki na szczycie każdej z nich podczas wiatru dodatkowo dodają klimatu. Wieczorem tradycyjnie zestaw obowiązkowy, i wycieczka kulinarna po lokalnych garkuchniach które w Europie z pewnością zostały by pozamykane przez dozór sanitarny. Jednak jedzenie które serwują porównując do normalnych restauracji, to niebo a ziemia. O smaku i wielkości porcji nie wspomnę. Na zdjęciu lokalne chipsy, czyli małe rybki smażone w głębokim oleju. Kolejny dzień to wycieczka łodzią po jeziorze. Wieczorem poprzedniego dnia ustaliliśmy cenę i godzinę, ale rano okazało się że jest straszna mgła i nie ma sensu jechać tak wcześnie. Poczekaliśmy więc do około 8 rano, mgła zeszła a my ruszyliśmy na rejs. Łódka to typowy dla Azji long tail, z miejscami siedzącymi w postaci skrzynek z oparciami. Temperatura dała o sobie znać, dodatkowo pęd powietrza mroził jak należy. Samo jezioro piękne, dopłynęliśmy aż na południowy koniec a nawet trochę dalej. W sumie jakieś 70km. Ostatni dzień upłynął na wycieczce rowerowej na gorące źródła, oraz do klasztoru buddyjskiego gdzie pobierali nauki młodzi mnisi. Wieczorem ruszamy autobusem na ostatni etap podróży po Birmie, czyli Mandalay. Wybraliśmy nocny autobus firmy Shwe Nan Taw za 15$ od głowy. Firma ta odbiera pasażerów z hotelu i zawozi na „terminal” autobusowy w mieście Souingyong. Okazuje się że jedziemy tym samym autobusem co nasi rodacy których poznaliśmy na targu w okolicach jeziora. Dwie sympatyczne pary, jedna z nich od pięciu miesięcy podróżowała po Azji. Czekanie na autobus umililiśmy sobie małą imprezą w przydrożnej knajpie. Solidnie zatankowany miejscową whisky przespałem całą drogę do Mandalay. I Bogu dzięki.
Do Mandalay docieramy bardzo wcześnie, co jest niedogodnością nocnych autobusów. Na szczęście w hotelach nie robią problemów z wcześniejszym zameldowaniem się, ale mimo wszystko musieliśmy po przyjeździe koczować w lobby.
W Mandlay zostajemy trzy dni. Oglądamy miasto, słynne wzgórze nad nim, starożytne miasta Amarapura, Inwa, Sagaing i Mingun. Wszędzie pagody których już trochę mam dość po pobycie w Bagan, chociaż wrażenie zrobiła na mnie niedokończona pagoda w Mingun. W trakcie jej budowy okolice Mandalay nawiedziło trzęsienie ziemi, rozpoczęta budowla popękała i w efekcie nie została dokończona. Jej ruiny wyglądają naprawdę imponująco. Mnisi wyruszają na żer. Nadszedł dzień pożegnania z Birmą. Zabieramy się na lotnisko z centrum miasta podstawionymi przez Air Asię autobusami, przejazd w cenie biletu lotniczego. Po trwającej godzinie jeździe jesteśmy na lotnisku. Wygląda marnie, jakby cały czas było w budowie. Do Bangkoku lecimy A320 oczywiście Air Asia. Reg HS-ABY numer lotu FD2761. Lot bardzo spokojny, chociaż przy podejściu trochę rzucało. Jest już popołudnie, spory tłok przy biurach firm taksówkowych więc trzeba czekać jakieś 20 minut. Na noc zatrzymujemy się w hotelu Max One House niedaleko lotniska Don Mueang. Nawet przyjemny hotel, ale dwa razy zmienialiśmy pokój bo w każdym było coś nie tak. To łazienka, to telewizor. Trochę marudziliśmy ale w sumie za coś biorą pieniądze. Wieczorem jeszcze wypad na smażony makaron i piwo.
Podsumowując Birmę. Kraj bardzo przyjazny turystom. Na stronie naszego MSZ piszą żeby w miarę możliwości nie jechać. Nic podobnego. Jest bardzo bezpiecznie, ludzie są uprzejmi, chętnie pomagają a transport po kraju jest świetnie zorganizowany. Turystów nie jest zbyt dużo, chociaż są miejsca gdzie jest tłoczno. Większość z USA, Niemiec, Francji. Jest to zupełnie inny typ ludzi niż np. na tajskich wyspach. Wszyscy są dla siebie mili, wymieniają się wskazówkami, chętnie dzielą taksówki, łodzie czy inne środki transportu, wszystkie taksówki z lotnisk, dworców autobusowych braliśmy „do spółki” z innymi turystami. Według mnie Birma jest godna polecenia.
Bangkok 4:00 rano pobudka, taksówka na lotnisko i lot do Phuket. Znowu Air Asia, docelowym miejscem jest wyspa Phi Phi. Wykupiliśmy opcję Island Transfer proponowaną przez Air Asię. Polega ona na przelocie, transporcie z lotniska na przystań i łodzi na wyspę. Wszystko na jednym bilecie. Cenowo nie wiem jak to się ma do opcji kupna wszystkiego osobno u prywaciarzy, mi jednak zależało na czasie. Chciałem jak najszybciej zacząć odpoczynek.
Lecimy A320 HS-ABY czyli tym samym który przywiózł nas poprzedniego dnia z Mandalay! Podejście do lądowania na HKT od wschodniej strony, gładko siadamy, kołujemy pod terminal a tam Transaero, Nordwind, napisy w terminalu oprócz angielskich i tajskich również po rosyjsku. Samych Rosjan chmary.
Po wyjściu z terminala przechwytuje nas facet od busa, każe czekać. Dochodzą pozostali pasażerowie i ruszamy na Rasada Pier na statek. Po przyjeździe przechwytuje nas facet od łodzi, daje naklejkę na koszulkę i kieruje w odpowiednie miejsce. Odbijamy z Phuket i po dwóch godzinach dobijamy do przystani na Koh Phi Phi. Stamtąd odbiera nas kolejna łódka, tym razem już longtail, i zawozi nas do naszego resortu niedaleko plaży Long Beach. Wszystko sprawnie, szybko i już o 13:00 śmigam z maską i fajką pomiędzy kolorowymi rybkami. Nie obyło się bez zgrzytu podczas zameldowania w resorcie. Sprytny pan Menadżer próbował nas naciągnąć na coś co nazywało się christmas party gala, coś w rodzaju wigilii za 180zł od osoby. Nikt wcześniej nie poinformował nas o tym że coś takiego ma mieć miejsce, więc nie byliśmy na to przygotowani. Na dodatek Pan powiedział że to jest obowiązkowe i wszyscy mają być! Ja mu na to że nie po to wyjeżdżam w okresie świąt na drugi koniec świata żeby robić sobie jakąś wigilię, i nie zgadzam się na jakiekolwiek dodatkowe opłaty. Menadżer odparł że w takim razie on nas może zameldować dopiero dzień po świątecznej gali. Krew mi zawrzała. Siadłem na niego tak mocno, że w końcu odpuścił. Co było najlepsze Pan menadżer był z Indii… Zawsze kiedy mam do czynienia z Hindusami są jakieś kłopoty. Zawsze jest próba jakiegoś wypychu. Oni nie są normalni. Koniec kropka.
Na Phi Phi spędzamy sześć dni, większość na nurkowaniu i pływaniu longtailem po okolicznych wyspach. Najlepszym punktem pobytu było jak dla mnie nurkowanie z rekinami rafowymi które upodobały sobie rafę jakieś 200m od brzegu. Rekiny nie są agresywne, wręcz boją się człowieka, chociaż zdarzały się niegroźne ataki na ludzi oczywiście przez nich prowokowane. Najbliżej udało mi się podpłynąć na odległość około 2-3 metrów. Pływałem ze stadami nawet 6-7 rekinów. Niektóre z nich mogły mieć do 2m długości. Żałuje tylko że przed wyjazdem posępiłem się na kamerę do zdjęć podwodnych. Nadszedł koniec plażowania, czas na powrót do Bangkoku. Znowu longtail, statek, bus i A320 Air Asia, ale uwaga: tym razem wreszcie nowa maszyna z sharkletami. Reg HS-BBF dostarczony trzy miesiące wcześniej. Po krótkim locie lądujemy na DMK, siadamy w taksówkę i jedziemy do wypróbowanego trzy lata temu hotelu Lamphu House niedaleko słynnej Khao San Road. Mamy dwa dni więc chcemy zrobić to czego nie udało nam się zaliczyć poprzednio. Rano ruszamy na targ wodny Damnoen Saduak. Z taksówkarzem wytargowaliśmy super cenę, to samo z łódką którą pływaliśmy po kanałach. Targ jak targ, z racji wczesnej pory nie było tłoku i można było spokojnie pływać. Jakiegoś mega wrażenia na mnie nie zrobił. W dniu wylotu do Polski poszliśmy do Bangkok State Tower na drinka w restauracji na dachu. Był to kolejny punkt programu niezrealizowany poprzednio. I co?
Rok 2010, poszliśmy tak po prostu pochodzić po mieście. Patrzymy, wieżowiec. Pewnie mają restaurację na dachu. Wchodzimy, panowie na dole przed windą oznajmiają że owszem wejdziemy, ale nie w krótkich spodniach i japonkach. Trudno się mówi. Głowa na dół i odwrót.
Rok 2013. Założyłem mimo upału długie gacie, zakryte buty, i jedziemy. Pan na dole przed windą mówi: „Bardzo nam przykro ale dzisiaj trwają przygotowania do balu sylwestrowego i restauracja jest otwarta od 18:00”. Wkurzony, ale wytłumaczyłem sobie że w takim razie los chce żebyśmy tu jeszcze wrócili. Jeśli chodzi o mnie, bardzo chętnie. Popołudniu czuć już sylwestrowy nastrój, my jednak musimy pożegnać Bangkok i jechać na lotnisko. Odprawa trwa, na lot CAN-AMS proszę o miejsce przy oknie, ale facet mówi że nie ma. Ja mu na to że koniecznie musi być. W takim razie on każe czekać. Czekamy, czekamy i w końcu dostajemy karty pokładowe, ku mojemu zaskoczeniu upgradeowane na premium economy. Pięknie.
BKK-CAN robimy w A321 z rejestracją B-6355. Lecimy już po ciemku więc świetnie widać ogrom Kantonu przed lądowaniem. Podczas hamowania silnikami myślałem że nas Airbus się rozleci. Takiego czegoś jeszcze nie doświadczyłem. Schowki bagażowe mało się nie pourywały. Na lotnisku jakaś uroczystość pod B787 CZ, jakieś transparenty, trochę ludzi, nie wiem o co tam chodziło. Reg tego Benka to B-2737. Przyleciał z Pekinu. Dziesięć minut przed północą zajmujemy nasze miejsca 34KH, kapitan wita wszystkich na pokładzie, o północy składa życzenia noworoczne i pięć minut później zaczynamy kołowanie.
Lot spokojny, nie ma się co rozpisywać. Jedyny mankament to 12,5 godziny w fotelu. Dobrze że był bardzo wygodny i sporo miejsca na nogi Oto trasa przelotu Po wylądowaniu w Amsterdamie znowu drzemka na leżakach, cztery godziny później boarding na lot do Warszawy. Krótki skok na pokładzie B737-700 o rejestracji PH-BGW.
Lotniczo były to słabe wakacje. W sensie spottingu. Nad Birmą nic, w Mandalay widziałem tylko dwa razy Cessnę Caravana, i B747 Cathay Pacific na przelotowej, a nad Phi Phi za to sporo maszyn do/z KUL i SIN, ale ze zdjęć nici bo musiałbym na plażę brać aparat. Zostawały więc tylko lotniska.
Lądujemy w WAW, odbieramy bagaże, jazda na centralny i w pociąg. Szczęśliwi że wszystko poszło zgodnie z planem, zaczynamy kombinować co by tu zrobić w następne święta. W końcu to już niedługo.
Dziękuje za uwagę.
ZRT460/457M
Awatar użytkownika
RafalBel
Donator
Posty: 1150
Rejestracja: 12 października 2010, 20:27
Obserwuję: L980, M860,L999, BABKO/MEBAN-BIGLU, TOSPO-BABKO, GOTIX-ROE,
Lokalizacja: Bełżyce/Lublin

13 lutego 2014, 08:18

Kawał dobrej relacji jak zawsze. Specjalnie wstałem wcześniej, żeby to przeczytać :-) Widać, że kraju dużo schludniejsze od zeszłorocznych Indii, a Tajlandii krajobrazy wbijają w fotel. Szkoda tylko, że tak mało zdjęć egzotycznych linii, chociaż były i one. Gratuluje wczasów, bardzo niekonwencjonalnych, ale pięknych :mrgreen:
Obrazek
Canon EOS 7D / EOS 50D+Synta 8" "Angel of the sky"+ Powermate TeleVue 2x + Sigma 150-500 APO DG OS
Awatar użytkownika
geo
Donator
Posty: 386
Rejestracja: 06 lutego 2007, 04:24
Lokalizacja: Mermet/Tczew
Kontakt:

13 lutego 2014, 18:31

Oj smaka narobiłeś, wspomnienia wróciły ale niedługo, niech tylko 2,5miesięczna córa podrośnie i trzeba będzie pocisnąć tam znowu :D.
Co do naciągania. W Tajlandii to norma, obwiozą Cię po "kuzynach" znajomych itp byś coś kupił w ich straganie. Podobnie zmiany w zakupionych wycieczkach zawsze jakaś zmiana planów, dopłaty itp kwiatki ale Polak w awanturach mocny to sobie poradzi.
Super relacja i i zdjęcia!
konan 400D & 60D & rubinar 1000mm & synta 8"
http://geo.tcz.pl/projekt_2018/
tomaszl75
Posty: 114
Rejestracja: 15 grudnia 2008, 20:49
Lokalizacja: Tarnów
Kontakt:

16 lutego 2014, 16:46

Cześć Gryni ! Kiedy opublikowałeś relacje byłem w Hiszpanii , szybkie dodanie do ulubionych aby po powrocie spokojnie zagłębić się w Twoje opowieści. Dziś paczka orzeszków oraz piwo do ręki i chwila oderwania się od rzeczywistości przy czytaniu relacji. Jestem pod wrażeniem, świetnie się czytało zazdroszczę podróży! Dziękuje :-) .
GG3690852
Awatar użytkownika
Gryni
Posty: 1078
Rejestracja: 07 lutego 2007, 00:45
Lokalizacja: Bielsko-Biała EPBA
Kontakt:

17 lutego 2014, 21:57

Dzięki za opinie. Cieszę się że się podoba. Tomek, w tym roku może jakieś spotkanie na którymś Air Show? Ja co prawda jestem mocno zajęty ale powinienem znaleźć trochę czasu na jakiś wyjazd.
ZRT460/457M
kaziuniof16
Posty: 393
Rejestracja: 04 marca 2011, 22:51
Obserwuję: L984, L986,L856;N133, L999 + Skróty
Lokalizacja: GEVNA -BRZESKO
Kontakt:

22 lutego 2014, 19:19

Piękna relacja. Zresztą jak każda w twoim wydaniu :)
MAK102+Nikon D3100;TENTO 20x60
OBSERWACJA TRAS : L984, L986,L856;N133, L999 + Skróty
Moje zdjęcia-
https://picasaweb.google.com/lh/myphotos
ODPOWIEDZ