Seszele 2017 i podwójny Sylwester

Relacje z imprez lotniczych, pokazów, podróży itp.
Awatar użytkownika
Gryni
Posty: 1075
Rejestracja: 07 lutego 2007, 00:45
Lokalizacja: Bielsko-Biała EPBA
Kontakt:

14 lutego 2018, 09:33

Po Mauritiusie postanowiłem wreszcie wybrać się na Seszele, ponieważ zawsze odpuszczałem na rzecz innej destynacji, głównie ze względu na koszty bo tanio to tam nie jest.
Organizacja wyjazdu zaczęła się jakiś miesiąc przed datą wylotu. Na początek przeglądnąłem oferty biur podróży żeby sprawdzić ceny, loty itp. Żadne z biur nie oferowało bezpośredniego lotu z Polski wyczarterowana maszyną, za to korzystają z regularnych połączeń przez Dubaj liniami Emirates. Sprawdziłem na ich stronie i okazało się że bilety są w rozsądnych cenach więc zarezerwowałem lot na 19.12 z powrotem na 31.12. Niższą cenę oferował Qatar Airways ale transfer w DOH był zbyt długi.
Ruszyliśmy wcześnie rano w obawie przed korkami i pogodą, na Okęcie dojechaliśmy bez większych problemów sporo przed czasem. Nadanie bagażu trzy godziny przed odlotem i udajemy się do Bolero przeczekać czas do boardingu.
Załadunek na pokład poszedł gładko, wypchnięcie spod stanowiska przed czasem, dzięki temu bez opóźnień wzbiliśmy się w powietrze z pasa 29. Lecimy dwuletnim Boeingiem 777-300 o regu A6-EPJ.
Wykupiliśmy wcześniej miejsca 41J i K żeby nie brać udziału w loterii. Obłożenie na oko pełne, przynajmniej w tylnej sekcji.
Widokowo słabo, cała trasa zakitowana chmurami. Jedynie Tatry próbowały się przebijać. Od Iraku już czysto ale niestety w mroku.
Serwis w porządku, część załogi polska, karmili przeciętnie, za to nikt nie limitował wina i innych trunków. System rozrywki ok, chociaż osobiście najczęściej wyświetlam mapę.
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Lądowanie w Dubaju przed czasem, wlecieliśmy od północy nad lotnisko i z lewego zakrętu na prostą.
Mamy około czterech godzin czasu do lotu na Seszele. Tranzyt w Dubaju jest prosty, po wyjściu z samolotu idziemy korytarzem, obsługa kieruje wszystkich do kontroli bagażu, okazanie kart pokładowych na dalszy lot i po krzyku. Idziemy się przejść po sklepach a następnie coś przekąsić do Marhaby.
Dzięki temu, że DXB to duży port przesiadkowy, można tu spotkać ludzi wszelkiej maści. Przy bramkach do Indii kolorowo jak na jarmarku, jest noc więc ludzie śpią porozkładani na kocach gdzie tylko się da. Z kolei bramka na lot do Peszawaru koncentrowała osobników płci męskiej w wydaniu mocno radykalnym religijnie. Spojrzenia na moją partnerkę w krótkiej koszulce bezcenne.
W Marhabie rozpocząłem wakacje na dobre paroma szklaneczkami, po czym udaliśmy się do bramki skąd odlatywał nasz samolot.
W głośnikach usłyszałem „boarding compleated” i zaskoczony ujrzałem niemal pustą tylną sekcję. Zostałem więc na swojej trójce w rzędzie 40, a dziewczyna wzięła czwórkę zaraz obok mnie.
Po stracie lewy zakręt i piękna runda nad Dubajem.
Obrazek

Obrazek

W planie pierwotnie miał być B777-200 lecz ostatecznie lecieliśmy 300-tką o regu A6-ENL. Lot przebiegł spokojnie, nad głową zapaliły się gwiazdki więc zasnąłem jak niemowlę. Obudziłem się dopiero na śniadanie jakąś godzinę przed lądowaniem.
Obrazek

Dolatując do Seszeli pogoda stopniowo zaczęła się pogarszać. Nad wyspami Praslin i La Digue było jeszcze względnie, ale im bliżej Mahe tym gorzej. Lądowanie odbyło się w tropikalnej ulewie.
Obrazek

Obrazek

Wyjście z samolotu schodkami, na piechotkę do terminala który jest bardzo kameralny. Nieduży budynek z trzema wyjściami i osobną sekcją krajową, kilkoma sklepami z pamiątkami, bezcłówką, Burger Kingiem i kawiarnią.
Widok na halę odpraw, typowe dla tych szerokości geograficznych otwarte budyki
Obrazek

Gate 3. Z bramek do samolotów idzie się pieszo
Obrazek

Poczekalnia na piętrze, na samym końcu wejście do lounge „Vallee De Mai”
Obrazek

Krótko po nas ląduje A320 Air Seychelles z Abu Dhabi oraz B763 Condor z Niemiec
Obrazek

Mamy szczęście że przylecieliśmy wcześniej niż Air Seychelles i Condor, bo przed nami kolejka do odprawy a następnie kontrola bagażu na której personel sprawdza czy nie wwozi się produktów żywnościowych a w szczególności chyba owoców bo skasowali mi jabłko. Niemcy z Condora byli na samym końcu kolejki. Godzina stania jak nic.
Po załatwieniu formalności wymieniamy trochę pieniędzy. Przelicznik Rupia-Złoty to 3,75 – 1. O cenach jednak będzie później.
Ostatni etap podróży to lot na wyspę Praslin (kod lotniska PRI)gdzie spędzimy następne 5 dni. Połączenie lotnicze między SEZ a PRI wykonywane są samolotami DHC6 Twin Otter linii Air Seychelles, która oferuje 20 lotów w obie strony dziennie. Cena takiej przyjemności to około 500zł w jedną stronę, no chyba że jest się rezydentem Seszeli to wtedy taniej. Nie pytajcie mnie ile bo nie wiem. Lecimy lotem HM3096 na pokładzie maszyny o regu S7-LDI
Obrazek

Co ciekawe, nasze bagaże poleciały lotem wcześniejszym co jest tutaj regularnie praktykowane. Bagaże wciska się tam, gdzie jest jakiekolwiek wolne miejsce. Na przywieszce bagażowej podczas odprawy obsługa zapisuje nazwę hotelu, i w przypadku jeżeli bagaż leci innym lotem, jest on dowożony do przypisanego hotelu.
Terminal krajowy na SEZ
Obrazek

Safety demo jest prezentowane na ekranach jeszcze w terminalu ze względu na to, że lot trwa tylko około 15 minut. Lecimy na wysokości 3000ft. Dookoła ładne widoki, włącznie z widokiem przez przednią szybę podczas lądowania.
Obrazek

Obrazek

Lotnisko malutkie, czyste i wszystko działa jak należy. Łapiemy taksówkę i jedziemy do naszego guesthouse’u „Chez Lester” położonego po drugiej stronie wyspy, jakieś 30m od plaży Cote ‘D Or.
Obrazek

W dzień przylotu jesteśmy tak padnięci że przesypiamy prawie resztę dnia. Okazuje się że był to jeden z dwóch słonecznych dni na Praslin podczas naszego pobytu. Na szczęście mocne ulewy szybko przechodzą.
Obrazek

Drugi dzień udajemy się do rezerwatu przyrody Vallee de Mai. Wstęp 350 R. Zieleń i rozmiary roślin naprawdę powalają. Rezerwat oferuje trzy trasy do wyboru, wybraliśmy najdłuższą. Praslin jest jednym z dwóch miejsc na Świecie gdzie rosną Lodoicje Seszelskie. Jest to palma, która po upływie około 30 lat osiąga dojrzałość płciową, dzieląc się na żeńskie i męskie rośliny. Obie płcie można łatwo odróżnić po „narządach”. Roślina żeńska wydaje owoce o bardzo wymownym kształcie nazywane „Coco de mer”.
Obrazek

Męski po prawej, długi narząd porośnięty kwiatami które pyląc, zapładniają rośliny żeńskie widoczne po lewej stronie
Obrazek

Rozmiary roślin robią wrażenie
Obrazek

Kolejne dni to przechadzki po okolicy. Panuje tu specyficzny klimat. Gdyby ktoś mnie wsadził do samolotu, zakrył oczy i dowiózł na miejsce, byłbym święcie przekonany że jestem na Jamajce. Wszędzie słychać reggae, ludzie na luzie, stylówka rasta dominuje. Jedyna odmiana to Hindusi prowadzący sklepy. Populacja wyspy to około 6500 mieszkańców.
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Niemal zasadą jest, że pierwsze zacienione miejsce (krzaki, skwerek) w promieniu 20-30 m od sklepu jest okupowane przez lokalnych smakoszy piwa oraz seszelskiego rumu o nazwie Takamaka. Notabene najlepszego jaki do tej pory piłem.
Obrazek

Obrazek

Odwiedziliśmy też wyspę Curieuse. Czyste wody, plaże, skałki, gigantyczne dziko żyjące żółwie, ładny widokowy szlak przez wnętrze wyspy. Fajnie zorganizowane, prywatna łódka zwozi nas na miejsce, jest posiłek, i o umówionej porze łódka zabiera nas z powrotem na Praslin.
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Malowniczą wysepkę St. Pierre niestety tylko opłynęliśmy dookoła.
Obrazek

Na Praslin jest radiolatarnia VOR, można obserwować maszyny zniżające do Victorii, codzienne A380 z Dubaju na Mauritius, oraz z RPA na daleki wschód.
Obrazek

Po pięciu dniach na Praslin, płyniemy na La Digue położoną kilka kilometrów na wschód. Prom kursuje kilka razy dziennie. Przyjemność taka kosztuje 14 euro. Sam załadunek i wyładunek na miejscu bardzo sprawny, bagaże pakowane są do specjalnego luku i wydawane po dobiciu do portu.
Mamy rezerwację w kolejnym guesthous’ie o nazwie „Chez Marston”. Właścicielem obiektu jest sympatyczny anglik, dość sędziwego wieku. Nie pytałem go ile czasu mieszka na Seszelach, ale podejrzewam że był tu jeszcze za czasów kolonialnych. Facet reklamuje się hasłem „jeśli nie znasz tego człowieka (chodzi o niego), to nie znasz Seszeli”. Pocztówki z jego podobizną i sloganem reklamowym można nabyć w recepcji.
Obrazek

Obrazek

Guesthouse jest przyzwoity, bardzo dobra kuchnia, szczerze polecam jeśli ktoś się wybierze.
Na miejscu mamy tylko dwie noce co oznacza niestety tylko jeden pełny dzień. Był to błąd przy planowaniu całego wyjazdu bo La Digue jest warta co najmniej jednego dnia więcej mimo że wyspa jest bardzo mała. Głównym środkiem transportu są rowery, samochodów jest bardzo mało i pełnią one jedynie funkcje użytkowe w sensie transportu towarów itp. Jest tu niesamowicie zielono, uprawia się też wanilię
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Zanim na La Digue pojawiły się samochody, transport zapewniały wozy ciągnione przez woły. Dzisiaj to już w zasadzie tylko atrakcja turystyczna
Obrazek

Na miejscu jest lądowisko dla śmigłowców obsługiwane przez firmę ZilAir z Mahe. Mają we flocie 5 EC120 Colibri, i dwa samoloty. Z tego co widziałem robią dość sporo lotów widokowych nad wyspami.
Obrazek

Pobyt na wyspie mija szybko, odwiedzamy dwie plaże, Source d’Argent z charakterystycznymi formacjami skalnymi, trzeba przyznać że na żywo robią wrażenie oraz Grande Anse gdzie spora fala wyrywa mi z ręki GoPro. Zdjęć i filmów z nurkowania nie będzie.
Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Obrazek

Z La Digue udajemy się na główną wyspę, Mahe. Płyniemy promem z transferem na Praslin.
Po dobiciu do portu w Victorii, odbieramy bagaże i bierzemy taksówkę do hotelu Berjaya Beau Vallon położonego przy plaży, podobno bardzo znana i ceniona miejscówka. I tu bym się kłócił bo samo miejsce jest zatłoczone w porównaniu do Praslin czy La Digue, a na dodatek na deptaku wzdłuż plaży jest jak na odpuście. Stragany, naciągacze itp. Jedyny plus to stoiska z jedzeniem.
Za to bardzo fajne widoki na okoliczne góry z których najwyższy szczyt Morne Seyshellois ma nieco ponad 900m.n.p.m. i przez większość czasu jest zasłonięty chmurami.
Obrazek

Najwyższy szczyt Seszeli w tle
Obrazek

Obrazek

Hotel w którym zatrzymujemy się na ostatnie cztery noce widziałem w ofercie TUI. Postanowiłem go zarezerwować przez Booking. Wyszło korzystniej cenowo, a na dodatek nie byliśmy uwiązani w zorganizowanej grupie.
Wprawdzie nie dane mi było objechać wyspy, ale Mahe przypadła mi do gustu zdecydowanie najmniej. Jest stosunkowo duża i górzysta, więc trzeba objeżdżać ją dookoła żeby dostać się gdzieś w bardziej odludne miejsca. Taksówki też nie są tanie. Chcieliśmy pojechać na Surfers Beach którą ktoś nam polecił, kierowca krzyknął nam 100 Euro za trasę około 50km.
Zwiedziliśmy za to stolicę Seszeli, miasto Victoria. Samo centrum bardzo małe, sporo ludzi na ulicach, sklepy, stragany, targ rybny. Warto spędzić tam trochę czasu.
Obrazek

Obrazek

Pomnik 200-stu lecia miasta
Obrazek

Transport publiczny na wyspach
Obrazek

Jest nawet meczet
Obrazek

Widok na miasto od strony południowej
Obrazek

Obrazek

Typowe klimatyczne sklepiki, oferta zdecydowanie różni się od marketów dla turystów zarówno cenowo jak i asortymentowo.
Obrazek

Budka z jedzeniem dla miejscowych
Obrazek

Nadszedł ostatni dzień 2017 roku, a tym samym odlot do Polski. Na lotnisko wyjechaliśmy o 20:00, nasz lot EK708 odlatywał o 23:45. Droga na lotnisko zajęła nam 30 minut. Po przyjeździe akurat otworzyli odprawę. Pierwszy raz od dwóch tygodni wkładam na nogi buty, i zdaję plecak. Po odprawie idziemy na kontrolę bezpieczeństwa, i chcemy do lounge ale niestety nie akceptują karty. Trudno się mówi. Przesiadujemy czas do boardingu najpierw na kawie a potem na pięterku z widokiem na płytę.
Przed nami startował A332 Air Seychelles HM16 do Paryża. Co ciekawe, nad Somalią zawrócił z powrotem do Victorii. Jeżeli będziecie mieli okazję, to fotografujcie A332 tej linii bo ze względu na depczącą po piętach konkurencję, od Kwietnia rezygnują z lotów dalekodystansowych i oddają samoloty.
Obrazek

Wystartowaliśmy nieco przed czasem, o północy kapitan przywitał nowy rok, na pokładzie oklaski i życzenia, a później toast winem. Lecąc na północ wlatujemy nad terytorium Somalii, a na ekranie pokazuje się informacja, że czas lokalny w obecnej pozycji to 23:50. Wyszło na to, że sylwestra obchodziliśmy dwukrotnie. Znowu oklaski, toasty itp. W samolocie sporo wolnych miejsc, mamy trójkę dla siebie. Podobnie jak na trasie DXB-SEZ miał być B777-200, a tymczasem lecimy znowu B777-300, rejestracja A6-ENZ.
Po około czterech godzinach lądujemy w Dubaju. Podejście znad pustyni, hamowanie cichutkie bez udziału silników. Znowu kontrola przed transferem, potem na drzemkę do Marhaby. Na szczęście udaje się znaleźć dwie wolne leżanki. Budzi mnie Imam nawołujący do porannej modlitwy.
Kolejny etap podróży to lot do Warszawy. Zapakowali nas do autobusu i wywieźli na jakąś odległą stojankę. Pakujemy się do samolotu przy pięknym wschodzie słońca. Samolot to B777-300 o rejestracji A6-EPA. Miejsca jak zwykle w tylnej sekcji, z prawej strony. Trasa wiodła nad Iranem, Turcją, Morzem Czarnym, kawałeczkiem Bułgarii, potem już Rumunia, Węgry, Słowacja i lądowanie w Warszawie.
Po starcie widok na Sharję
Obrazek

Dalej nad Iranem góry, góry i góry. W oddali (jakieś 400km) widać wulkan Demavend 5610 m.n.p.m. Uwielbiam takie widoki
Obrazek

Lądujemy w Warszawie, odbieramy bagaże, zmęczenie daje o sobie znać a tu jeszcze „wojna” z wypożyczalnią samochodów, podstawianie nowego auta i w efekcie 1,5 godziny po lądowaniu wyjeżdżamy do domu.
Trochę informacji ogólnych gdyby ktoś się wybierał.
Seszele tanie nie są jak już wcześniej napisałem. Noclegi w Guesthousach to koszt od 400 zł za dobę ze śniadaniem tzw. „europejskim”. Hotele resortowe to już wydatek około 1300 zł za dobę z opcją HB. Oczywiście mowa o Grudniu. Drogie taksówki. Kilometr można szacować na jakieś 20 zł. W restauracjach za posiłek trzeba zapłacić minimum 50 zł nie wliczając napojów np. piwo lokalne Seybrew 16 zł. Zjeść można również na ulicach, jedzenie jest świetne i kosztuje np. 14 zł za curry z kurczaka, a fantastyczne ryby z grilla serwowane z sosem po kreolsku za 25-30 zł. Sklepy spożywczo-monopolowe prowadzą hindusi, jeżeli ktoś lubi kuchnię indyjską to można po niskich cenach zaopatrzyć się w przyprawy których u nas na próżno szukać.
Z wywiadu dowiedziałem się że ludziom żyje się tam dobrze, minimalne zarobki to około 400 $ miesięcznie, najbiedniejszym rząd dopłaca do utrzymania, buduje mieszkania socjalne które po krótkim czasie przechodzą na własność.
Podsumowując, warto było. Zawsze warto ruszyć cztery litery, a zwłaszcza w Grudniu i w ciepłe kraje, i zawsze jestem wdzięczny losowi, że mam taką możliwość.
ZRT460/457M
Awatar użytkownika
RafalBel
Donator
Posty: 1142
Rejestracja: 12 października 2010, 20:27
Obserwuję: L980, M860,L999, BABKO/MEBAN-BIGLU, TOSPO-BABKO, GOTIX-ROE,
Lokalizacja: Bełżyce/Lublin

14 lutego 2018, 11:27

Jak zwykle czapki z głów, egzotyka totalna :-D
Obrazek
Canon EOS 7D / EOS 50D+Synta 8" "Angel of the sky"+ Powermate TeleVue 2x + Sigma 150-500 APO DG OS
stesla
Posty: 299
Rejestracja: 06 lutego 2007, 04:56
Lokalizacja: Jasło

15 lutego 2018, 21:09

W komentarzu do tej relacji, to pamiętam z drugiej połowy lat ’80 jakiś współczesny mi wówczas film fabularny prod. brytyjskiej wyemitowany przez TVP, którego akcja toczyła się na Seszelach w przepięknych plenerach. W końcówce filmu jest scena, gdy bodajże gł. bohater powraca do Londynu samolotem. W tej scenie jest na pewno A300B4 Air Seychelles. Prawdopodobnie to F-BVGM.
ODPOWIEDZ